Puchar Polski XCO #4, Pcim, 24.06.2018

 

Na początek okresu wakacyjnego  udałem się do niewielkiej miejscowości w województwie Małopolskim. Pcim znany był mi dotąd tylko z żartów. Często używany jako synonim „zadupia”, okazał się być miejscowością,  jak każda inna mała miejscowość. Ciekaw jestem genezy powstania żartów akurat o Pcimiu – jeśli ktoś zna, poproszę o komentarz pod postem.

Już początek wyprawy do Pcimia był mało obiecujący – podróż w ulewie i niebezpieczne sytuacje na zakopiance nie wróżyły niczego dobrego. Dojazd na miejsce zawodów i spacer z rowerem po trasie potwierdziły obawy – zapowiadała się błotna maskara. Cały sobotni wieczór upłynął na ogarnięciu roweru. Dokładne umycie, nasmarowanie i zmiana opon. Jakieś 3h roboty. Wszystko po to, żeby jutro znów wjechać w bagno. Rower na starcie ma być czysty – taka niepisana zasada, której należy się trzymać.

Niedzielny poranek minął dość spokojnie. Poranna gimnastyka, przygotowanie jedzenia i ciuchów. Chwila luzu, dojazd na miejsce zawodów i ostatnie przygotowania. Z relacji młodszych kategorii, które miały już start za sobą, wyraźnie wynikało – po całonocnych opadach deszczu, trasa NIE przeschła. To było do przewidzenia. Z resztą nie musieli wiele mówić. Wystarczyło na nich spojrzeć.

O 15:00 przyszła pora na start kategorii  Elity Mężczyzn + U23 i Juniora. No to jedziemy:

Od samego początku czuje się słabo – na  stromy podjazd po asfalcie wtaczam się jak walec. Wjazd w teren –  opony na błoto robią robotę. Jadę tam, gdzie większość już biegnie, ale niewiele to daje. Tempo mamy podobne, a może nawet but jest szybszy. Zaczynam biec, męczę się strasznie. Średnio mi to wszystko się  podoba. Lubię jeździć na rowerze. Bieganie też jest ok.  Podbiegi z rowerem w błocie już średnio. Cała pierwsza połowa okrążenia to przede wszystkim podjazd. W tych warunkach podjazd-podbieg, tak mniej więcej 50 na 50 (połowa z buta, połowa na rowerze) Na szczycie jestem koło 10-13 pozycji, czyli bardzo mizernie. Druga połowa, czyli więcej zabawy w dół. Tutaj już lepiej mi idzie. Moje „dzikie błotniste Michały” (Michelin Wild Mud) elegancko wgryzają się w lepką maź. Miejscami trzeba biec, miejscami można jechać, cały czas walka o łapanie równowagi. Bardzo pożyteczna lekcja techniki.

Pierwsze okrążenie kończę z nadziejami, że teraz już będzie tylko lepiej – złapię  dobre tempo, dobrą kadencję, dobry rytm biegowy i zacznę odrabiać straty do czołówki. Nic z tego. Początek podjazdu uświadamia mi, że to nie to, nie ten dzień, że dziś to bardziej walka o przetrwanie.

No i faktycznie, przez kolejne 4 rundy toczyłem walkę z samym sobą i trudnymi warunkami na trasie. Jedyne z czego mogę być dumny i zadowolony – skutecznie udało mi się przegonić myśli o zejściu i nie ukończeniu rywalizacji. Robiłem co mogłem, dałem z siebie 100%, czego efektem jest 9 miejsce. TU wyniki.

Słabo wyszło.  Nie będę zwalał winy na złe warunki – każdy miał takie same. Przy mocnej nodze i dobrych oponach, tak naprawdę zdecydowana większość rundy była przejezdna. U mnie niestety zabrakło tego pierwszego. Bywa i tak.

Inna sprawa, że ta runda „na sucho” to by było mistrzostwo świata! Naprawdę fajnie to wyglądało – kręte single, serpentyny po górę, korzenie, trochę kamieni – mega. Może następnym razem będzie nam dane pojeździć tu przy lepszej pogodzie.

Niestety to nie koniec historii o nieudanej  wycieczce  do Pcimia. Po zawodach przyszedł czas na powrót, jednak mało uważne cofanie pod hotelem skomplikowało sprawę.  Pozbyłem się tylnej szyby i wgniotłem trochę klapę od bagażnika. Ból serca po tak nieudanym manewrze był wyjątkowo silny, ponieważ akurat na te zawody pożyczyłem auto od Taty. Nie pozostało nic innego, jak zabezpieczyć  dziurę po szybkie (worki na śmieci + taśma) i wracać do domu. Po drodze wysłuchaliśmy  jeszcze radiowej relacji z nieudanego meczu Polska-Kolumbia, co idealnie wpasowało się w mój ogólny nastój. Pod domem byłem 30min po północy, ale do 2:15 czyściłem auto, mając nadzieję, że chociaż trochę uda mi się załagodzić reakcję Taty. Jak się rano okazało – nie udało się.

W ten weekend miałem jechać na Puchar Czech do Bedrichova, ale nie mam czym. Skupiam się  więc obecnie na ogarnięciu samochodów. Najwyższa pora zacząć też myśleć o zbliżających się Mistrzostwach Polski i  trochę więcej potrenować 🙂

PZDR!

2 komentarze

  1. Albert - 2 miesiące ago

    Jak to pogoda może zmienić całe wydarzenie w coś, o czym ciężko w pierwszej chwili mówić. I tak było nieźle! 🙂

    • Maciek - 2 miesiące ago

      Fakt, trochę pogoda popsuła zabawę, ale tak to czasami bywa w kolarstwie górskim 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *